Od kilku lat obserwuję pewne zjawisko i nie potrafię zrozumieć jego przyczyn. Jeśli ktoś jest w stanie je wytłumaczyć, będę bardzo wdzięczna. Otóż okazuje się, że zawodowo najtrudniejszym, najbardziej intensywnym i bogatym w sprawy do załatwienia dniem tygodnia jest piątek. I to jeszcze jestem w stanie zrozumieć - ludzie chcą zamknąć przed weekendem tematy, które zaniedbali wcześniej. Ale piątek jest również dniem, w którym wszystko się psuje, gmatwa, komplikuje. Piątek generuje problemy. Śledzę te problemy, analizuję je i niemalże obwąchuję. I nie mogę powiedzieć, żeby były to kłopoty wywołane piątkowym ludzkim pośpiechem. Nie. To są np. problemy przyczyną sięgające dajmy na to wtorku, które w piątek wypływają na światło dzienne i oczywiście w piątek muszą zostać naprawione. Do tego dochodzą zawieszające się komputery, psujące się samochody, przerwy w dostawie prądu itd. Na to nakłada się, już całkiem zrozumiała, nerwowość, która tylko wszystko komplikuje. Człowiek kłóci się z człowiekiem, Klient wspina się na wyżyny roszczeniowości i pomimo, że mimowolnie nasuwa się pytanie "czy to nie może poczekać do poniedziałku?", trzeba zacisnąć zęby i wydusić ze zmęczonego ciała i umysłu resztki energii i koncentracji.
A jaki jest pozytywny efekt tego negatywnego zjawiska? Dzika rozkosz towarzysząca początkowi piątkowego popołudnia...
Otóż byłam na bieżni i jak nigdy dotąd większość dystansu przebiegłam (cieniarz bowiem raczej ze mnie w tym zakresie, niż zawodnik i zwykle głównie maszeruję). Truchtam sobie i truchtam, dumna z siebie jak stado pawi, a przede mną statecznie spaceruje po bieżni pewna pani. I co? I myślę sobie (to się nazywa zadufanie!) - Phi! Tak wolno to każdy głupi potrafi! I co się okazało? No co? Że pani już jest po godzinnym fitnesie, z którego ja zwykle wychodzę zataczając się ze zmęczenia z zerową praktycznie możliwością skoordynowania ruchów... A fiśt! Wstyd, po prostu wstyd...
Chciałabym dziś zwrócić się do Klientów, a więc do każdego z nas, bowiem wszyscy jesteśmy Klientami: w sklepie, w aptece, u fryzjera, na stacji benzynowej, czy też w pracy - zamawiając towar w innej firmie, bądź zlecając jej jakąś usługę. Od dłuższego czasu obserwuję z niepokojem, że elementarna choćby kultura w relacjach międzyludzkich na linii Klient - Sprzedawca zanika w zastraszającym tempie. Klienci są coraz bardziej roszczeniowi i bezczelni. Tupet narasta. Hasło "Nasz Klient - nasz Pan" wrosło głęboko w świadomość ludzką. "Jestem Klientem, a więc jestem Panem, a ty musisz mnie służalczo obsłużyć, bowiem to ja ci płacę" - takie właśnie nastawienie coraz częściej jest spotykane. Niestety.
Dlatego właśnie dziś występuję z apelem. Spójrzmy na sprzedawcę, usługodawcę, handlowca: jest człowiekiem! Naprawdę! Wykonuje swą pracę, często w niełatwych warunkach, często bardzo trudną, nie zawsze jest dobrze opłacany, często jest głodny, bo nie ma czasu zjeść drugiego śniadania. Pracuje pod presją czasu i wyniku. A mimo to ma dla nas dobre słowo i uśmiech. I to naprawdę nie jego wina, że nie odpowiada Ci, drogi Kliencie, na przykład cena. Nie krzycz na niego z tego powodu, zostaw dla siebie szyderstwa. O cenie zawsze możesz porozmawiać, a jeśli nie uda Ci się otrzymać satysfakcjonującego rabatu, zawsze możesz zrezygnować i kupić u konkurencji. Masz do tego prawo. Ale nie masz prawa wdeptywać drugiego człowieka w ziemię, mieszać go z błotem i upokarzać. Do tego nie masz prawa. Doskonale wiesz, że sprzedawca nie odpłaci Ci się tym samym, bo nie może, bo mu nie wolno. I dlatego czerpiesz brudną satysfakcję z tego, że jesteś górą. Brudną i płytką. Pamiętaj, zostawiasz wtedy po sobie nie tylko smród, ale często ból i łzy, ukradkiem przełykane...
Mąż Kochany oburzał się ostatnio na swą nieobecność (w sensie nie-piszesz-nic-o-mnie) na mym blogu. Zapomniało Biedactwo jak dawien dawna protestowało przeciwko opisywaniu Jego Osoby. Ponieważ jednak dobrą żoną staram się być i życzenia Swego Pana wypełniać, niniejszym oznajmiam, że Mąż Kochany istnieje, ma się dobrze i naprawdę kochany jest.
Podobno wściekanie się na pogodę jest mocno niedojrzałe. Ale powiedzcie, no powiedzcie - jak się ma urlop raz w roku i czeka się na niego 351 dni i pogoda nie dopisze, to czyż to nie jest frustrujące? OK, postanowiłam być dojrzała, starałam się dobrze bawić niezależnie od pogody. Bawiłam się. Ale mocne postanowienie, żeby nie spędzać następnego urlopu w Polsce zakorzeniło się na dobre.
A teraz prezent. 4 dni urlopu tak po prostu. DAWNO NIE MIAŁAM TAK CUDOWNEGO PREZENTU. Kilka dni w tropikach byłoby super, ale skusiły mnie jednak polskie góry. Spacery w śniegu, choinki pokryte puchem, moje małe refugium. Znalazłam nawet trasy z dala od narciarzy. I co? I piiiiiiip. Deszcz.
A kiedy będzie pogoda? Jak wrócę do pracy.
Ja wiem, że marudzącym blogom mówiłam NIE. Wiem. Naprawdę wiem. Pamiętam.
Dobra, małe conieco na poprawę samopoczucia, czyli 4xr:
2011 zakotwiczył się w mojej pamięci następującymi spostrzeżeniami:
- Mazury z brzegu nie są takie wspaniałe, jak to niektórzy opisują;
- w Ustrzykach Górnych czas naprawdę płynie wolniej (czy jakiś fizyk wytłumaczy mi dlaczego?!);
- z namiotami trzeba bardzo uważać i nie pchać do nich tyłka w zimne noce;
- jak się gdzieś nie chce jechać, to naprawdę oznacza ni mniej ni więcej, że jednak będzie fajnie;
- nocne spacery po ośnieżonym górskim lesie są cichodźwiękotwórcze - wywołują pełne zachwytu "aaaaa!";
- jak człowiek nic nie robi ciekawego, to ma potem luki w pamięci. Czy ktoś mi powie co ja robiłam od stycznia do czerwca?! (aaa, przypominam sobie - szwendałam się po komisach samochodowych i szpitalach. Faktycznie, lepiej zapomnieć...)
- nie warto robić postanowień noworocznych - jeszcze nigdy żadnego nie udało mi się dotrzymać!