Menu

bo tak to jest...

kiedy życie jest fajne.

bezfejsbukowo

botaktojest

Przeraża mnie ilość czasu marnowana bezmyślnie na facebooku. Przeraża mnie ograniczenie umiejętności skupienia uwagi na jednej czynności. Zaczęłam czytać książki rozdziałami. Rozdział i przerwa. Rozdział i przerwa. Pora ograniczyć wpływ obrazkowej rzeczywistości na funkcjonowanie mojego umysłu. Usuwam aplikację facebooka z mojego smartfona.

piąty dzień tygodnia

botaktojest

Dawno już nie cieszyłam się tak z piątku. Naprawdę, nie pamiętam kiedy ostatni raz aż tak bardzo nie chciało mi się pracować.

Ale to nic, to nic. Zrobię, co mam zrobić - szybko i bez ociągania się. Nakręcę tempo i ani się spostrzegę nadejdzie piątkowe popołudnie. A tymczasem, dobrze jest, dobrze jest...

Albo i niedobrze. Ból pleców przerwał mi treningi i wszelką aktywność. Nie potrafię się zdecydować na odcięcie się od wszelkich informacji ze świata polityki. Chciałabym, naprawdę, ale po pierwsze wszyscy tym żyją, a po drugie właśnie dziś trzeba wiedzieć. Zła historia tworzy się na naszych oczach. Trzeba wiedzieć i widzieć...

 

mały przegląd

botaktojest

Czas na mały przegląd stanu realizacji noworocznych postanowień. To tak przy okazji końca stycznia, który wprawdzie jeszcze trwa, ale jutro na pewno nie będzie mi się chciało.

No to lecimy:

- spełnię swoje największe marzenie, bo chyba dość już odkładania go na później - nie drgnęło i nawet nie mam pomysłu. To nic, jeszcze jedenaście miesięcy;

- będę zapisywać tytuł każdej przeczytanej książki, żeby w końcu dowiedzieć się ile czytam - stuknęło marne 7 książek. Bardzo mało jak na mój przerób, ale to dlatego, że "Pułapki myślenia" Kahnemana długo się czyta. No i nie o wyścigi i bicie rekordów przecież chodzi. Za to kupiłam kilka książek i czekają w kolejce. A przy okazji musiałam przeorganizować biblioteczkę, żeby jeszcze coś w niej upchnąć;

- schudnę 10 kg, bo chcę znowu być chuda - marny 1 kg poszedł i to nie bez trudu. To nic, najważniejsze, że tendencja jest spadkowa;

- będę dostarczać swojemu organizmowi odpowiedniej dawki wysiłku fizycznego, którego potrzebuje - tak, 100% planu na styczeń! 3 intensywne treningi tygodniowo;

- rozwinę firmę - działania trwają. Nieco wolniej niż planowałam, ale sunie do przodu;

- stratę zmienię na zysk (nie moja strata i nie mój zysk, ale i tak zmienię) - z tym różnie. Jakieś tam światełko w tunelu majaczy, na razie jeszcze tylko w wyobraźni, ale majaczy.

I jeszcze jeden temat, tak na marginesie. Policzyłam, że w całym swoim życiu odwiedziłam 12 krajów, nie licząc Polski i tych państw, przez które tylko przejeżdżałam. Niektóre odwiedziłam więcej, niż raz. Wygląda na to, że w tym roku może stuknąć 15. Pożyjemy, zobaczymy, ale jak tak dalej pójdzie, to wkrótce braknie mi Europy i będę musiała ruszyć dalej. Mhm...

sie rennt

botaktojest

Doszłam do etapu, kiedy przerywam niedzielną drzemkę, wypełzam spod puchatej kołdry i biegnę na siłownię. Boli mnie brzuch, skręcam się, ale biegnę na siłownię. Nie chce mi się, poleżałabym pod kocem, ale biegnę na siłownię. I wcale to wszystko mi nie służy, bo od biegania bolą mnie plecy.

kto by pomyślał

botaktojest

Wiedzieliście, że są kremy pielęgnujące tatuaże? Ja dopiero zdążyłam zaakceptować fakt, że istnieją kosmetyki do męskiego zarostu, i nie chodzi mi bynajmniej o krem do golenia... W zasadzie postanowiłam się już niczemu nie dziwić. Mój Mąż ma w domu pudło kosmetyków do pielęgnacji butów, poopisywanych tajemniczymi cyferkami, zapewne oznaczającymi kolejność stosowania, choć pewna nie jestem, bo nie pytałam. Ja mam krążek pasty do butów i szczotkę.

Myślałam, że nie nadążam za nowinkami technicznymi. Okazuje się, że więcej jest takich dziedzin, w których nie nadążam...

jest dobrze

botaktojest

Kończy się przerwa świąteczna, a zaczyna następny rok, w którym:

- spełnię swoje największe marzenie, bo chyba dość już odkładania go na później;

- będę zapisywać tytuł każdej przeczytanej książki, żeby w końcu dowiedzieć się ile czytam;

- schudnę 10 kg, bo chcę znowu być chuda;

- będę dostarczać swojemu organizmowi odpowiedniej dawki wysiłku fizycznego, którego potrzebuje;

- rozwinę firmę;

- stratę zmienię na zysk (nie moja strata i nie mój zysk, ale i tak zmienię).

Wszystko co niekonkretne powyżej, jest w rzeczywistości bardzo konkretne, ale przecież nie o wszystkim mogę tu pisać.

Zatem zaczął się następny rok i kończy się przerwa świąteczna.

Jest dobrze.

całkiem jak nie ja

botaktojest

23 grudnia, godzina 17:31. Wyłączyłam służbowy komputer. Nie uśpiłam, nie zamknęłam, nie schowałam, tylko właśnie wyłączyłam. I uświadomiłam sobie, że nie robiłam tego od nie pamiętam już kiedy. I wcale nie chodzi o to, żebym była nie wiadomo jak przemęczona, bo o zdrową równowagę pomiędzy pracą, a odpoczynkiem bardzo ostatnio dbałam. Ale właśnie owo "wyłącz" uświadomiło mi, że nawet wypoczywając trwałam w stanie stand-by, jak mój uśpiony komputer - teoretycznie nie pracował, ale jednak zawsze w stanie gotowości.

A tymczasem mam długie paznokcie w kolorze ciemnego różu.

Wszystko całkiem jak nie ja.

mała drzemka

botaktojest

Chce mi się spać. Przez okno sączy się ciepłe w dotyku światło słoneczne, z głośników sączy się cicho muzyka. Ależ bym się zdrzemnęła... A może się skuszę?

Nie skuszę się. Od kilku godzin zbieram się, żeby zacząć pracować. Muszę. O rany, jakie to nudne. Choć może samo w sobie nudne nie jest, tylko ja to widzę przez moje okulary z nudnymi szkłami. I nic innego nie jest ciekawe. No może bym trochę posprzątała. Ale już wczoraj trochę posprzątałam.

Chyba jednak się zdrzemnę.

chory, chory świat

botaktojest

Niedziela. 14 i pół godziny pracy. 5 kaw, żeby nie zasnąć za kierownicą. Rozmowy i mejle z kilkunastoma osobami, które też pracują. Chory, chory świat.

Bardzo. Wredny. Dzień.

botaktojest

Wczoraj, na zakończenie bardzo wrednego dnia, zdechł mi smartfon. Już od jakiegoś czas odgrażał się, że będzie dogorywać i co zamierzał, to też uczynił. Młody był, roczek mu niedawno stuknął, ale urodzony z wadą smartfoniego serca, raz już reanimowany, nie zniósł trudów codzienności.

Tym samym mój wieczór upłynął na poszukiwaniu telefonów zastępczych. Dwóch, bo dwie karty karty sim równocześnie obsługuję. A może one obsługują mnie? Wyjęłam kilka starych aparatów. Sprawdziłam, które działają. Wybrałam. Otwarłam. Wyjęłam baterie. I zamarłam. Bo karty sim nie pasowały - za małe. Więc wybrałam dwa inne telefony - to samo. I tu stwierdziłam - zadzwonię do Męża, zapytam, jak sobie poradzić. No nie zadzwonię jednak... Budki telefoniczne dawno wszak w okolicy zlikwidowane. Dalsze zmagania z poszukiwaniem adapterków do kart sim, poszukiwaniem kodu PIN, poszukiwaniem kodu PUK, poszukiwaniem pęsety, żeby wyjąć adapterek z kartą sim i przełożyć jednak do innego aparatu, uruchamianiem telefonów z kartami sim i odzwyczajaniem się od dotykania ekraniku z jednoczesnym przyzwyczajaniem się do naciskania klawiszy, zajęły mi około dwóch godzin. Ale zupełnie nie o tym chciałam napisać.

Chciałam napisać, że stanęłam w obliczu bezsmartfoniej rzeczywistości. Musiałam położyć się spać bez sprawdzenia tuż przed snem: poczty prywatnej, poczty służbowej, niusów na facebooku, niusów ze świata, z Polski, z mojego miasta, poczty raz jeszcze, bo przecież coś mogło jednak przyjść i facebooka raz jeszcze, bo to przecież kalejdoskop, zmieniający się szybciej niż mrugnięcie okiem. Taki sam poranek mnie przywitał. I zalała mnie fala odzyskanego czasu...

kilka słów o poranku

botaktojest

Za około dwie i pół godziny dojadę wreszcie do pracy. Tymczasem zabijam minuty, żeby szybciej mijały, choć może rozsądniej byłoby się zdrzemnąć, bo dzień długi, wielokrotnie długością przekraczający ilość snu, jaką mam za sobą…

W weekend byliśmy w górach, w Beskidzie naszym ukochanym. To mój pierwszy taki wyjazd w tym roku, w co aż trudno mi uwierzyć. Czasem stopień tęsknoty za czymś poznaje się dopiero po fakcie. I dobrze, tak rzadko przecież coś nam ułatwia życie tak po prostu, bez żadnych starań z naszej strony.

Jechaliśmy w te góry opłotkami przez nasze polskie lokalne wiejskie serpentynki na beskidzkich zboczach. I wspomniałam wielkie serpentyny, po których jeszcze nie tak dawno jeździliśmy na wyspach kanaryjskich. I przyjemna refleksja mi się nasunęła, że jednak ta nasza Polska piękna jest i choć nie tak dla nas egzotyczna jak Kanary, w ogóle im urodą nie ustępuje. Wiejskie drogi nie dorównują wprawdzie stopniem zadbania dróżkom wijącym się pomiędzy bananowymi plantacjami, ale za to i widokami nie ustępują! A widoki zupełnie inne od wulkanicznych skał i bezkresnego niebieskiego oceanu, swojskie i sielskie. Dla nas oczywiście, bo Kanaryjczyk zapewne zachwycałby się odmiennością naszych czerwonych dachówek na stromych dachach i wierzbą płaczącą, której witki samej ziemi sięgają, tak bardzo różniącą się od kilkumetrowej juki, której ja się nadziwić nie mogłam. Taka piękna ta nasza Polska, taka różnorodna z czterema porami roku, mieniącymi się barwami i zapachami przyrody innymi w słońcu, deszczu, w styczniu i we wrześniu. Takiego bogactwa zapachów tam nie ma. Co najwyżej szczyt wulkanu siarką podśmierduje…

Chyba jednak się zdrzemnę, choć praca czeka i wypadałoby ją podgonić trochę, póki cisza i spokój. Ale co tam, jeszcze się dziś napracuję…



dobry długi poranek

botaktojest

Ni stąd, ni zowąd, pierwszy raz od ho ho, udało mi się wykorzystać budzik zgodnie z jego przeznaczeniem i po prostu się obudzić, gdy zadzwonił. Od wielu, wielu miesięcy dzwoni on niezmiennie po piątej rano, a ja niezmiennie przez sen go wyłączam i kontynuuję smaczne spanie, wstając potem o skandalicznej godzinie siódmej lub nawet ósmej. Wyjąwszy oczywiście te dni, gdy zrywam się o czwartej rano, żeby zdążyć na pociąg, ale to już siła wyższa, a nie dobry długi poranek...

Tymczasem dziś wstałam, jak za starych dobrych, albo i niedobrych, ale starych, czasów. Popatrzyłam jak Mąż śpi (słodki do schrupania!). Wypiłam kawę czytając książkę. Starczyło mi nawet czasu na zrobienie sobie zdrowego, pożywnego śniadania, zamiast zwykłej zalewajki z płatków albo tosta z dżemem. A teraz jest siódma trzynaście i wszystko wskazuje na to, że zdążę wziąć prysznic, umyć włosy i ubrać się przed przejściem sąsiedniego pokoju, czyli do biura i rozpoczęciem pracy o ósmej. A to wróży więcej energii do działania, bo nic tak jej nie odbiera jak praca w pidżamie, z rozczochraną głową i bez makijażu...

zielono mi!

botaktojest

Jak pięknie. Boże, jak pięknie. Ciepło, słonecznie, zielono. Cisza. I tylko ptaki śpiewają. I świeże powietrze w domu, bo balkon otwarty. I pranie się suszy na dworze. Pachnie wiosną i płynem do płukania tkanin. Lubię tak.

głód nałogowca odegnany

botaktojest

Doszłam do momentu, gdy na przeczytanie czeka u mnie kolejka książek. Nigdy wcześniej tak nie było. Zawsze konsumowałam je na bieżąco. Zawsze. Czekały na mnie najwyżej dzień, lub dwa, czasem może tydzień. Tymczasem się odmieniło. Szybciej kupuję, niż czytam. O niektórych zapominam, bo giną gdzieś pod stosami zalewających mnie papierów. Niektóre zaczynam i nie kończę, bo sięgam po inne, bardziej w danym momencie potrzebne. Jedno jest pewne - głód nałogowca, który pojawiał się zawsze wraz z rozpoczęciem ostatniej dostępnej książki, jeszcze długo nie będzie mi groził.

czwartkowy poranek

botaktojest

Nie umiem zacząć dnia. Smętnie mi, a za oknem ponuro. Dochodzi dziewiąta, a ja nie umiem zacząć. Potem się rozkręcę, ale na razie mi smętnie. Wiem, że odpokutuję to poranne rozmemłanie po południu, kiedy trzeba będzie nadgonić pracę, bo przecież samo się nie zrobi. Ale nie umiem. I już.

A co poza tym? Mhm... Bolą mnie plecy. Żyję intensywnie (jak już się rozkręcę po porannym rozmemłaniu). Zbyt intensywnie jak na mój gust. Jeszcze trochę i przestanę lubić podróże. A może już przestałam. A będzie gorzej, tzn. więcej. Już wiem, ze znów mnie czeka maraton w drodze. I jeszcze: czułam się lepiej, trochę się dopieściłam i byłam szczęśliwa, że robię coś dla siebie. A potem mi minęło. I tak to się wszystko kręci.

trzy czwarte

botaktojest

Piszę pod wpływem. Jest to wpływ 3/4 butelki szampana. Którą wypiłam. Tzn. szampana, nie butelkę. Nigdy w życiu nie wypiłam takiej ilości tego musującego trunku. Bo generalnie mi nie służy. Potem będę cierpieć z powodu nadkwasoty. Wiem, bo zawsze cierpię. W zasadzie non stop cierpię z tego powodu, więc nie powinnam pić szampana. Mój skatowany kwasem żołądkowym przełyk ma już nieco dość. Więc generalnie unikam alkoholu. Ale teraz wypiłam. No trudno. Stało się.

Nie przywitałam tym szampanem Nowego Roku. Nie, nie, nie. Nowy Rok wita się o godzinie zero-zero pomiędzy Sylwestrem a Nowym Rokiem. Ja wtedy spałam. A raczej właśnie się budziłam z powodu licznych, puszczanych spomiędzy zaparkowanych przed blokiem samochodów, petard (mam bowiem bardzo inteligentnych sąsiadów, bardzo). Ja wypiłam szampana w Nowy Rok o godz. 18. Bo właśnie wtedy mieliśmy z Mężem ochotę na otwarcie butelki. A wcześniej nie, więc wcześniej nie otwarliśmy. Dopiero teraz, żeby uczcić podsumowująco-otwierająco-noworoczną małżeńską rozmowę. Kocham bycie żoną. No może dzięki temu, że mam dobrego Męża.

A co u mnie? Rok się skończył. Fajny i niefajny, ale na pewno inny, niż wszystkie poprzednie. I chyba był mi taki potrzebny. Choć może piszę to pod wpływem 3/4 butelki szampana. Poza tym mam nowe wyzwanie, z którego uporczywie usiłuję zrezygnować. Ale jak zrezygnuję, to będę w czarnej, wiecie której, no wiecie - tej na de. I do tego całkiem poważnie się zastanawiam, czy przypadkiem nie cierpię na depresję. Ktoś kiedyś witał Nowy Rok z depresją? Ja wiem, jak zakończyć rok żegnając żałobę (to było rok temu). Mogę wymienić się doświadczeniami. Jakby ktoś chciał.

I co jeszcze? A, no tak! Noworoczne postanowienia! To w takim razie po kolei:

1. Wygrać z depresją.

2. Zadekować się na dobre w nowym zawodzie (nie tym od nowego wyzwania, tylko tym drugim, o którym jeszcze nie pisałam).

3. Być lepszą żoną (już wiem jak!!! Piszę, żeby nie zapomnieć: mieć częściej dobry humor, czasami wychodzić z domu wieczorami, żeby dać przestrzeń Mężowi, witać entuzjastycznie propozycję zamówienia pizzy, nie rozwalać opakowań po jedzeniu na kuchennej szafce, chować kubki do zmywarki, nie zostawiać kosmetyków na szafce w łazience i kolczyków na podstawce lusterka i ... o kurczę!!! Było tego więcej! Reszty zapomniałam! Chyba nie będę w 100% lepszą żoną... Heh.)

4. Schudnąć 6,5 kilo i uprawiać umiarkowanie intensywny sport 3 albo 4 razy w tygodniu.

5. Zrobić coś z problemem numer trzy (nie tym nr trzy z listy powyżej, tylko tym innym numerem trzy, który mnie męczy od dość dawna, pomimo że nie pamiętam problemów numer jeden i dwa. Chyba je już rozwiązałam).

6. Wrócić na Teneryfę.

7. ........... (pozostawiam do wypełnienia na potem).

 

P. S. Czy forma "otwarliśmy butelkę szampana" jest poprawna? Czy raczej "otworzyliśmy butelkę szampana"?

kilka słów na koniec roku

botaktojest

Dawniej w święta kompot z suszonych owoców zamarzał na balkonie i przed nalaniem go trzeba było rozbić warstwę lodu. Dziś szybciej stygnie w domu niż na balkonie.

A poza tym życie stało się bardzo smutne. I straciłam poczucie humoru. I to tyle na koniec roku.

winylowy pat

botaktojest

Lubię winylowe rękawiczki. Są przyjemne w dotyku. I trwalsze niż lateksowe. I wydają przyjemny dla ucha szelest. Małe odkrycie, a cieszy.

A z poważniejszych spraw: utknęłam w poniedziałku. Jest wprawdzie dopiero 8:30, więc poniedziałek całkiem jeszcze świeży, ale jednak. Jestem w poniedziałku, a chcę do domu. Paradoks polega na tym, że fizycznie jestem w domu, a myślami tkwię w poniedziałku. A ponieważ realnie rzecz biorąc ani jednego, ani drugiego nie można zmienić... Pat.

P.S. Może jednak nie pat, bo dom to stan umysłu. Poniedziałek też. Stan umysłu można zmienić. Więc może jednak nie pat.

szło zimne

botaktojest

Szło zimne, a przyszło ciepłe. Świat jest pełen niespodzianek.

idzie zimne

botaktojest

Idzie zimne. Po czym poznaję?

Po pierwsze: w nocy nie mogę już spać bez ciepłej pidżamy i podwójnego koca na kołdrze... I nie oszuka mnie termometr wskazujący na 22 stopnie w sypialni. Moje kości wiedzą lepiej.

Po drugie: zmieniłam zwyczaje zakupowe. Wcześniej robiłam zakupy rano, zanim zrobiło się ciepło. Teraz czekam z zakupami do południa, kiedy zrobi się cieplej.

© bo tak to jest...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci